(nie)katolicki głos w Twoim Internecie

Nie lubię 1 listopada

Dzieciaki, małe i większe, czasami snują marzenia jak święta będą wyglądały w ich domu, gdy już będą dorośli i niezależni. Niektórzy myślą tak o Wielkanocy, inni o Bożym Narodzeniu. Ja zawsze myślałam tak o Wszystkich Świętych.

Coś poszło nie tak

Nie wiem, czy to ten listopad, czy nasze wrodzone umartwianie się, ale chyba czegoś nie rozumiemy. Na jutro w kalendarzu wyznaczono Święto Wszystkich Świętych. Nazwa wskazywałaby na to, że mamy świętować, że są ludzie, którzy trafili do Wiecznej Szczęśliwości, mają Boga pod ręką i w ogóle dobrze im jest. A my co? Marzniemy na cmentarzu przez kilka godzin, a jak dziecko gdzieś w pobliżu się roześmieje, to patrzymy na nie źle.

Podobnie mamy z pogrzebami. I jestem świadoma, jak trudno jest cieszyć się z pójścia do nieba kogoś, kogo kochamy, kiedy jedyne co czujemy to wielka pustka. Ale wszechobecna czerń, żałobne nuty i ogólny nastrój raczej nie pomagają.

Chyba nie rozumiem

Pamiętam takie Wszystkich Świętych gdzie jako dziecko ścigałam się z kuzynką która odmówi więcej różańców. Kiedy byłam dzieckiem zbliżanie się tego dnia bardzo mnie cieszyło, bo mogłam się spotkać z kuzynką z drugiego końca Polski. Ale co z tego, jak na cmentarzu musiałyśmy grzecznie stać i nie rozrabiać. Możliwe, że problem nie jest w tym święcie, ale we mnie – nie umiem go przeżywać , nie rozumiem go. Na cmentarzu nie czuję bliskości zmarłych bardziej niż gdzie indziej, a modlić się za nich jest mi jeszcze trudniej, bo w takim miejscu trudno się skupić.

A na co to komu potrzebne

To święto ma nam przypominać, że świętość nie jest abstrakcyjnym pomysłem dla nadludzi, ale że każdy z nas ma możliwość ją osiągnąć. Co więcej – mamy obowiązek iść w jej kierunku! Niestety klimat dnia utwierdza nas w przekonaniu, że zasiadanie z Bogiem w Niebie łączy się z cierpiętnictwem (a w najlepszym przypadku nudą) na ziemi.

Chyba jest tak, że mianowanie kogoś świętym zabiera mu w momencie człowieczeństwo, a skoro przestaje być taki jak my, to nie możemy się na nim wzorować – bo przecież i tak nie dosięgniemy tej poprzeczki.

Jak będę duża…

Jestem i okazuje się, że to nic nie zmienia. Mam tylko nadzieję, że będę miała tyle odwagi, żeby pokazać swoim dzieciom jakąś alternatywę. Zamiast marznąć na cmentarzu trzy godziny siądziemy w domu z herbatą i poopowiadam im o tych, których już nie ma, a których mi brakuje (choć mam nadzieję, że tematów będę miała mało). Obejrzymy jakiś nie kiczowaty film o świętych (czyli nie obejrzymy), pogadamy o patronach. Wszystko, żeby nauczyć ich, i samą siebie, że śmierć jest początkiem, a niebo feerią barw, a nie szarością listopada.