katoliczkakobietażonauważampolecamnie ogarniam

Katoliczka vs. strajk kobiet – nie rozumiem

katoliczka vs. strajk kobiet

Moje podejście do wyroku Trybunału się nie zmieniło. Ale im więcej czytam argumentów ze strony strajku kobiet tym bardziej jestem zdezorientowana. Nie chcę nikogo masakrować, ale jak nie widzę w czymś logiki, a popierają to setki osób, to naprawdę, naprawdę chciałabym to zrozumieć. A nie mogę sobie poukładać.

I wiem, że ludzie dołączają do strajku z różnych powodów, że już dawno nie chodzi tylko o wyrok TK, ale mimo wszystko.

Depresja w ciąży i aborcja

Na jednej z grafik widnieje zdanie “Jeśli ciąża sprawia, że bardzo źle czujesz się fizycznie i psychicznie, masz bóle, cierpisz, masz myśli rezygnacyjne, czujesz, że tego nie wytrzymasz… powiedz o tym lekarzowi i żądaj aborcji z powodu zagrożenia zdrowia i życia.” Wgniotło mnie w fotel jak to przeczytałam. Aborcja jako rozwiązanie problemu depresji? Serio? SERIO?! Bardzo źle czułam się w ciąży – i fizycznie i psychicznie. Większość przeleżałam, bo nie miałam siły na nic innego. I oczywiste jest, że w przytoczonej sytuacji potrzebna jest kobiecie pomoc! Ale bardziej widziałabym ją jako konsultację z psychiatrą i psychoterapię szczerze mówiąc.

Co tu jest problemem?

Spora część osób oburzonych wyrokiem, w tym samym zdaniu w którym boleją nad nieudolnością państwa w pomocy rodzicom chorych dzieci zachęcają do wpłat na organizacje pomagające w nielegalnej aborcji.

Nie wiem, może Kościół odebrał mi mózg, ale przy tej całej burzy nie myślę o moim ograniczaniu wolności, tylko o tych wszystkich ludziach, którzy opowiadają swoje historie życia z chorymi dziećmi, o doświadczeniu samotności w stracie dziecka. I myślę jak im pomóc, kiedy system nie wydala i ma ich gdzieś.

Problemu nie rozwiąże dostęp do aborcji. Pomoże faktyczne i wystarczające wsparcie od państwa dla rodzin. I o tym trzeba krzyczeć, tego żądać, a w czasie gdy tego nie ma – wykładać dla nich hajs ze swojej kieszeni. Na pomoc cierpiącym już rodzinom, nie na aborcje.

“Nie chcę mieć chorego dziecka” czy “Nie chcę żeby moje dziecko było chore”

Czujecie różnicę tych dwóch zdań? Żaden normalny rodzic nie chce, żeby jego dziecko było chore i skazane na cierpienie. Ale “nie chcę mieć chorego dziecka” i ten głośny “wybór” strasznie mi nie leżą. Bo tak naprawdę mamy bardzo znikomy wpływ na to jak przebiegnie życie naszego dziecka pod względem zdrowotnym. Nawet ubieranie czapeczki w sierpniu nie ustrzeże go przed rakiem czy nieszczęśliwym wypadkiem. I co wtedy?