Przez ostatnie dni jak wchodzę na fejsa automatycznie dostaję nerwa. Cały czas ktoś znakuje sobie zdjęcie „czarny piątek”, że nie popiera ustawy albo wrzuca statystyki legalnych aborcji w Polsce z ubiegłych lat. Wkurzam się, bo z małymi przerwami dyskusja trwa od dwóch lat nie przynosząc absolutnie żadnych korzyści – dla nikogo. Do ostateczności doprowadziło mnie jednak wydarzenie „biały piątek”, które w ramach protestu na protest proponuje ubierać się w jasne rzeczy.
To wszystko jest tak bardzo bez sensu! Jedna i druga strona! Dlaczego?
I tak nic się nie zmieni
Ustawa po raz kolejny przedstawiana jest w odrobinę łagodniejszy sposób – zostawiono kwestie ofiar gwałtu i zagrożenia życia matki, które są chyba najbardziej kontrowersyjne. Pomimo to wydaje mi się, że nie ma szans, żeby w tym stanie ustawa przeszła. Wywoła to tak duże protesty i ostre dyskusje, że rządowi to się po prostu w żaden sposób nie opłaci. Nawet jeśli przez jakiś czas będą się zastanawiać, to i tak koniec końców nic z tego nie wyjdzie, a obie strony będą sobie przez ten czas ślicznie skakać do gardeł. Po co?
Aborcja jest bardzo chwytliwym tematem
Każdy, nawet jeśli nie ma pojęcia jak teraz wygląda ustawa i co miałoby się zmienić, ma jakieś zdanie w tym temacie. Wszystkich w jakiś sposób on oburza i wszczyna dyskusje, przez co inne sprawy schodzą na dalszy plan. Wiem, że zabrzmi to jak dobra teoria spiskowa, ale dziwnym trafem temat aborcji zawsze wybucha na nowo w momencie, jak dzieją się politycznie-społeczne ważne rzeczy. Dwa lata temu była to reforma szkolnictwa, teraz są to sądy. Przypadek? Może. Ale chyba lepiej się skupić na rzeczach, które rzeczywiście mogą przejść.
Co w zamian?
No to co, mamy siedzieć i patrzeć jak dalej dzieci są mordowane, a nie powinny? Sytuacja jeszcze długo się nie zmieni, a wprowadzenie całkowitego zakazu aborcji będzie coraz trudniejsze. Trzeba użyć argumentów, które przekonają wszystkich i robić to naprawdę malusieńkimi krokami. Nie walczmy od razu o zniesienie całej aborcji ze względu na stan zdrowia dziecka. Zacznijmy od tego, żeby wykluczyć z możliwości zabijanie dzieci z zespołem Downa. To jest rzecz do zrobienia, bo bardzo łatwo jest przekonać, że ci ludzie są w stanie normalnie funkcjonować na co dzień – przecież to robią, mamy setki przykładów. Potem można się rozprawić z uroczym zwrotem duże prawdopodobieństwo w zdaniu „Przerwanie ciąży może być dokonane wyłącznie przez lekarza, w przypadku gdy (…) badania prenatalne lub inne przesłanki medyczne wskazują na duże prawdopodobieństwo ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu”, by skończyły się aborcje oparte na domysłach i niepewności.
Letni?
W tym wypadku czarno-białość jest naszym gwoździem do trumny – w przenośni i w praktyce. Trzeba znaleźć środek, dogadać się w przypadkach jakich chorób czy wad trzeba aborcji zabronić koniecznie i w tym momencie, zamiast pozbywać się z ustawy całego, baaaaaaardzo pojemnego punktu, przez co część kobiet wpada w strach, że nie będzie dostępu do badań prenatalnych (skąd one biorą takie pomysły?). Może lepiej zgodzić się na ustępstwa i pójść jeden krok do przodu niż wykłócać się ciągle o to samo i stać ciągle w tym samym miejscu, które nikomu nie przynosi pożytku.