katoliczkakobietażonauważampolecamnie ogarniam

Molestowanie – społeczne tabu

Molestowanie - społeczne tabu

Bliska mi osoba była w dzieciństwie wykorzystywana seksualnie przez członka rodziny. Zgodziła się, żeby jej przemyślenia zapisane moimi słowami znalazły się na tym blogu. Po długich godzinach rozmów powstała seria tekstów zachowująca jej narrację, pozwalając jednocześnie na anonimowość. Mamy nadzieję, że pomoże to choć jednej osobie.

Byłam molestowana jako dziecko. Udało mi się – przeżyłam to, przepracowałam, nauczyłam się z tym żyć. Założyłam rodzinę, mam dziecko, jestem szczęśliwa. A jeszcze kilka lat temu wydawało mi się to nie do osiągnięcia.

Mimo to przeglądanie Facebooka od kilku tygodni jest dla mnie bardzo trudne. Choćbym chciała, nie jestem w stanie normalnie funkcjonować, bo z każdej strony krzyczą do mnie nagłówki “byłaś skrzywdzona” i wszystko wraca.

Jednocześnie wiem, że są tysiące osób, które przeżyły to samo piekło. Że jeśli nic nie zrobimy będzie takich osób wiele więcej. Choć przyznaję, że zmiany w Kościele są potrzebne, to martwi mnie, że dyskusja wciąż sprowadza się do oprawców i instytucji. To, co dzieje się w mediach musi być impulsem do szerszej dyskusji o wykorzystywaniu seksualnym – nie tylko w Kościele, ale wszędzie. Nie dyskusji dla gadania, ale takiej, która coś zmieni.

Tylko nie mów nikomu

Ofiara nie musi tego słyszeć, czuje to instynktownie. Niezależnie od sytuacji, od tego kto jest oprawcą, przyznanie się komukolwiek jest najtrudniejszą rzeczą. Nigdy nie wiadomo, jak ten ktoś zareaguje. Uwierzy? Wyśmieje? Powie, że to przecież nic takiego? Powie, że to moja wina?

Znam kilka wykorzystywanych kobiet. Co nas łączy? Nikomu nie powiedziałyśmy. Nie było na to, chyba nie ma nadal, społecznego pozwolenia. Nie ma miejsca na publiczną dyskusję. Bycie ofiarą stygmatyzuje – sama już nie wiem, czy tylko w naszych głowach, czy też publicznie.

Przyznać się

Większość przestępstw seksualnych nie jest zgłaszana. Powodów jest kilka. Po pierwsze wstyd. Tak właściwie nie wiem przed czym, bo przecież to nie moja wina. “Przyznałam się, że jestem osobą molestowaną”. Już to zdanie brzmi, jakbym przyznawała się, że ja zrobiłam coś złego.

Kiedy komuś mówisz, że jesteś ofiarą molestowania czy gwałtu dostajesz łatkę. Ludzie naprawdę patrzą wtedy inaczej – nie chcą, ale to robią. Boją się, bo nie wiedzą jak mają zareagować. To kolejna rzecz, która sprawia, że rozmowa na ten temat nie istnieje. Ofiary boją się mówić, inni nie potrafią o tym rozmawiać.

Prawo?

Udowodnienie molestowania czy gwałtu jest bardzo trudne, to najczęściej słowo przeciw słowu. A przecież dopóki się nie udowodni wina nie istnieje. Skoro on nie popełnił zbrodni, to znaczy, że nic złego się nie stało. Albo nawet że ja tego chciałam.

Znajoma po kilku latach od wydarzeń chciała założyć sprawę. Bardzo szybko przekonała się, że nie ma żadnych szans. Robiła to, by pomóc kobietom, które mogły paść jego ofiarą. Spotkała się ze ścianą. Do wielkiego cierpienia musiała dołożyć traumy z przesłuchań.

Inna była wykorzystywana przez ojca. Dostał zakaz zbliżania się. Jaki był skutek? Dziewczyna nie mogła wrócić do własnego domu.

Wiem, że prawo jest po to, żeby bronić niewinnych, jest po to, by nikt nie został skazany niesłusznie. Ale nie pomaga ofiarom. Nie jestem w stanie wymyślić innego, lepszego rozwiązania. Ale jako społeczeństwo musimy sobie zdać sprawę, że coś tam jest nie tak.

Nie powiedziałam

Nie wiem co wtedy myślałam – nie chciałam skarżyć? Wiedziałam, że jeśli powiem, to tego człowieka spotka kara, a nie chciałam tego, bo był mi bliski. Bałam się, że to zniszczy moją rodzinę. A winna będę ja, bo ja powiedziałam. Nie wiem, czy sześciolatce mogły przyjść do głowy takie myśli, czy to moje dorosłe projekcje.

Wiem, że zastanawiałam się, czy mam się z tego spowiadać. Nie wiedziałam, że to nie moja wina. To jest jedna z nieodłącznych części tej traumy – irracjonalne poczucie winy.

Temat nie istnieje, więc musiałam czekać kilkanaście lat, żeby usłyszeć “to nie twoja wina”.

Problemem jest pedofilia